KG

Biografia   |  GALERIA   |  PRASA   |   Poezja   |  Wydarzenia   |  Strona główna

Państwo Głowniakowie

W ogrodzie botanicznym państwa Głowniaków splotły się w miłosnym uścisku dorodna jabłonka i rozrośnięty krzew dzikiego wina. Choć posadzono je po dwóch stronach domu, po latach spotkały się ponad balkonem i połączyły swoje konary, jakby chciały wzajemnie się wspierać.

Letnią porą ten balkon pod zielonym baldachimem to ulubione miejsce domowników i gości. Zwłaszcza pod koniec dnia, kiedy codzienne zajęcia są już zakończone, a przez gęstwinę liści przedzierają się ostatnie promienie słońca. Siada się wówczas tutaj ze szklaneczką ożywczego napoju, rozmawia o sprawach ważnych i zupełnie niepoważnych, słucha muzyki, czasem tańczy. I zawsze - prędzej czy później - przychodzi taki moment, kiedy gospodarz uśmiecha się do małżonki i zaczyna nucić ulubioną melodię: "Twoje życie, moje życie, wstążki dwie...". Piosenka może trochę banalna, ale tak się to życie ludzkie dziwnie splata, jak gałęzie drzew, jak wstążki we włosach, jak dłonie w serdecznym geście.

Krystyna i Kazimierz Głowniakowie to postacie znane w Lublinie. Ona - przede wszystkim jako uta1entowana malarka, której obrazy zdobią często wnętrza aptek. On - ceniony profesor nauk farmaceutycznych, od 35 lat związany z Akademią Medyczną w Lublinie, a niedawno powołany na stanowisko prorektora do spraw nauki. Przez ich gościnny dom z zielonym balkonem przewija się mnóstwo ludzi z różnych środowisk. Nie tylko pracownicy naukowi czy farmaceuci, ale także nauczyciele, artyści, dziennikarze... Również sporo młodzieży z kręgu przyjaciół czwórki dzieci państwa Głowniaków. I każdy czuje się tutaj znakomicie.

HERBOWE RODOWODY, KRÓLEWSKIE KOLIGACJE

Zanim Głowniakowie stworzyli ten niezwykły dom rodzinny w Lublinie, koleje ich życia toczyły się zupełnie innymi ścieżkami. Przeznaczenie, albo - jak kto woli - przypadkowe zrządzenie losu sprawiło, że ich drogi życiowe złączyły się na zawsze.

Jedna z nielicznych rodowych pamiątek ( Ze zbiorów własnych Krystyny i Kazimierza Głowniaków)

Pani Krystyna, aby przedstawić swoje rodowody, zazwyczaj sięga po stare fotografie i drzewo genealogiczne, zdobiące salon. Nie trzeba być heraldykiem, aby doczytać się, że Gordonowie herbu Gordon, używający tytułu hrabiów de Huntley, byli rodem prześwietnym. Korzenie rodziny sięgają XIII-XIV stulecia. Herb przedstawia na tarczy o srebrnym polu czarnego lwa, odwracającego głowę w lewą stronę, jakby oglądającego się za siebie. A z zapisów w dokumentach i herbarzach jasno wynika, iż familia była blisko skoligacona ze szkocką rodziną królewską. Na ziemiach polskich Gordonowie zaznaczają swą obecność w już XVII wieku. W następnych stuleciach wędrują dalej na Wschód. W metrykach pojawiają się takie miejscowości, jak Równe, Dubno, Żytomierz, Putywal, Krzemieniec, Zaleszczyki, Władykaukaz...

Na fotografii, wykonanej jeszcze przed rewolucją, w Kijowie, dziadek Michał nosi mundur carskiego generała i długą brodę. Obok stoi babcia Emilia, to ona wywodziła się z rodziny de Huntley Gordon. Według rodzinnych opowieści, jej ojciec - prześladowany jako katolik ? miał uciec z Anglii do Polski, gdzie wziął udział w powstaniu styczniowym, a następnie został zesłany na Kaukaz. Emilia urodziła się w Tbilisi jako córka zesłańców. Wyszła za mąż za Michała Duszenkę, który mimo iż chodził w generalskim mundurze, konspirował z Piłsudskim i uwierzył w jego wizje wolnej Ukrainy. Kursował jako kurier pomiędzy Wiedniem, Warszawą i Kijowem, aż w 1926 roku zabili go "czerwoni". Babcia Emilia popadła wówczas w biedę i zaczęła pracować jako nauczycielka, co stało się odtąd rodzinną tradycją. Na fotografii pani Krystyna wskazuje także swoją matkę Halinę i jej siostry. Podobno jedna z nich była prawdziwą emancypantką i postanowiła sama na siebie zapracować wydając obiady domowe, ale że czyniła to z wielkopańskim gestem, szybko wpadła w długi. Na zdjęciu wykonanym w ostatnich latach świetności rodziny, jest także dziadzio Kazio - brat babci Emilii - z żoną, i inne postacie, które dziś już trudno zidentyfikować. Pani Krystyna, która ukończyła najpierw filologię polską na Uniwersytecie im. Marii Curie-Skłodowskiej, a potem historię sztuki na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim - obok malarstwa - kontynuuje już w trzecim pokoleniu tradycje nauczycielskie. A kiedy przed laty zaręczyła się z młodym i przystojnym magistrem farmacji, rozpoczynającym karierę naukową, wszystkie ciotki były wniebowzięte: - Krysieńka, taż on piękny jak sam książę Radziwił! - wzdychały pełne głębokiego zachwytu, jaki można wyrazić tylko, z kresowym akcentem. Mama, która codziennie modliła się w kościele kapucynów o dobrego męża dla swej ukochanej córeczki, uznała to za prawdziwe dzieło Bożej Opatrzności.

ŻYCIOWE WYBORY I POSZUKIWANIA

Profesor Głowniak ród swój wywodzi z Podlasia, gdzie jego przodkowie osiedlili się w okresie powstania styczniowego. Kiedyś wespół z panią Marią Głowniak, niegdyś licealną koleżanką, a obecnie dyrektorem departamentu w Ministerstwie Zdrowia, szukali wspólnych korzeni. Wyszło im wówczas, że na Podlasiu mieszkają... same Głowniaki. Całe wsie noszą to nazwisko, więc poplątały się i pogubiły więzi, ale za to żyje się tam trochę jak w jednej wielkiej rodzinie.

Zanim profesor został profesorem, różne plany życiowe chodziły mu po głowie. Jak każdy wzorowy uczeń, zbierający ze wszystkich przedmiotów dobre oceny, miał kłopoty z wyborem kierunku studiów. Myślał o politechnice, o leśnictwie, w końcu o medycynie. - Jeśli nie zdecydowałem się na studia na Wydziale Lekarskim - przyznaje szczerze - to tylko dlatego, że bałem się odpowiedzialności za życie pacjenta. Przecież każdy lekarz, mimo największych starań, może popełnić błąd. I w ten sposób doszedłem do farmacji.

Studia na Wydziale Farmacji Akademii Medycznej w Lublinie przeleciały szybko i bez problemów, a potem młody pan magister wylądował w aptece w Hrubieszowie, gdzie kazano mu przez trzy lata odpracowywać fundowane stypendia. ? W tamtych czasach był to "Dziki Zachód" - wspomina po latach. - Czułem się tam okropnie! Nie miałem gdzie mieszkać; nie miałem rodziny ani przyjaciół. Wyłem do księżyca... Toteż, kiedy dawna pani profesor z Wydziału Farmacji odnalazła swego zdolnego studenta i zaproponowała mu pracę na uczelni, przyjął to jak wyzwolenie. W październiku 1963 roku Kazimierz Głowniak rozpoczął pracę jako asystent w Katedrze Farmakognozji Wydziału Farmaceutycznego Akademii Medycznej w Lublinie.

- Tradycje zielarskie były w naszej rodzinie dość żywe - odpowiada na pytanie o wybór tej specjalizacji. - Mama się na tym znała, leczyła nas ziołami. Na grypę piło się herbatę z malin i zawsze pomagało... Wiem, że zielarstwo ciągle pozostaje w cieniu wielkiej chemii, ale ja wierzę w lek nautra1ny. Działa on tak sarno jak każdy inny, tylko trzeba go w porę podać. Kiedy choroba jest już rozwinięta, niestety trzeba stosować syntetyki. Dwoje dzieci udało mi się jednak wychować bez antybiotyków. Świetnie rozpoczynająca się kariera młodego naukowca została jednak w pewnym momencie przyhamowana. Został odsunięty od głównych badań, czuł się niepotrzebny i niedowartościowany. Wówczas to zaczął studiować drugi fakultet - psychologię na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Przez cztery lata udało mu się ukryć ten fakt przed kolegami z Katedry. Kiedy już kończył "konspiracyjne" studia i bronił pracę magisterską, klimat w Katedrze zaczął się poprawiać.

OPATRZNOŚĆ CZY PRZYPADEK LOSU?

Po cóż więc była ta cała psychologia?

- Musiałem coś robić, nie mogłem tak egzystować - wyjaśnia profesor. - A poza tym jestem spod znaku Bliźniąt i często robię dwie rzeczy naraz. Wtedy chyba podświadomie wiedziałem, że sytuacja musi się zmienić, że jeszcze wiele zrobię w farmacji. Ale najważniejsze jest to, że dzięki koleżankom z KUL-u poznałem moją przyszłą żonę.



Nie trzeba chyba nikogo przekonywać, że przystojny student psychologii, o kilka lat starszy od koleżanek z roku, wzbudzał wśród nich zrozumiałe zainteresowanie i bez przerwy był otoczony dziewczynami. Kiedyś w kolejce do kina koleżanki wypatrzyły Krystynę, wówczas prześliczną studentkę UMCS. Tak doszło do pierwszego spotkania, które przesądziło o dalszym losie. Razem wybrali się na "Andrzejki", a potem wszystko potoczyło się błyskawicznie. Po trzech dniach zakochany student oświadczył się panience. W Boże Narodzenie odbyły się zaręczyny, a w Wielkanoc ślub. I nieważne, czy przesądziła o tym Opatrzność, czy ślepy przypadek losu.

Kiedy zaczęły przychodzić na świat dzieci, a jednocześnie otworzyły się znów ciekawe perspektywy pracy naukowej, pani Krystyna dość często odwiedzała rodzinną wioskę męża. To tam odkryła w sobie talenty malarskie.

- Siedziałam sobie kiedyś na podwórku pod studnią - opowiada równie barwnie jak maluje. - Podwórko pełne słonecznych plam było tak piękne, że zapragnęłam je namalować. Tak powstał mój pierwszy, bardzo impresjonistyczny obraz. Potem zamarzyło mi się, aby namalować pola ze snopami zbóż. Wystawiłam, więc sobie stół na pole i zaczęłam malować. Zaraz po wsi poszła wieść gminna: "Kaziowa maluje!". Początkowo ludzie trochę wydziwiali, potem chyba uznali mnie za wariatkę, ale nieszkodliwą, a w końcu zaakceptowali to moje malowanie. Trzecim obrazem był jesienny sad... Moje obrazy podobały się ludziom, zaczęłam je pokazywać na wystawach i sprzedawać.

Dzięki tym obrazom dorobili się też Głowniakowie pierwszego porządnego samochodu - i to w sposób wielce oryginalny. Zachwycił się kiedyś malarstwem pani Krystyny jeden z niemieckich nauczycieli z Hamburga, którzy odwiedzali Lublin. Zamówił natychmiast u autorki całą wystawę, którą chciał pokazać w Niemczech. A wyjeżdżając z obrazami obiecał w rewanżu przywieźć samochód. Pytał nawet o ulubiony kolor artystki. - Gołębi błękit! - strzeliła bez namysłu pani Krystyna, która ani przez chwilę nie wierzyła w tę obietnicę. Przy kolejnej wizycie gościa z Niemiec przed domem państwa Głowniaków zaparkował błękitny fiat-uno. Cała rodzina wpadła w przerażenie, czy w ogóle można przyjąć taki prezent zza "żelaznej kurtyny". I co ludzie sobie o tym pomyślą. Na dodatek okazało się, że od darowizny trzeba zapłacić podatek 300 procent, co było raczej kiepskim interesem. Samochód musiał więc wyjechać ponownie za granicę, gdzie sporządzono papierową umowę kupna - i wtedy już bez problemów mógł wrócić do Lublina.

- Ten samochód był dla nas bardzo ważny - przyznaje pani Krystyna. ? Dzięki niemu mogłam jeździć z moimi obrazami na plenery i wystawy, zaczęłam sporo sprzedawać. I w końcu doszłam do wniosku, że jest to całkiem niezły sposób na życie i utrzymanie gromadki dzieci. A kiedy w latach 70 zaczęły się kłopoty z farbami do malowania, Kazio sam ucierał mi je w moździerzach. Produkował świetne farby!

JAK ZBUDOWAĆ WIELOPOKOLENIOWY DOM?

Podczas gdy pani Krystyna malowała swoje obrazki i niańczyła kolejne dzieci, przyszły profesor szybko nadrabiał stracone lata, sumiennie się przy tym wywiązując z obowiązków "głowy rodziny". Między doktoratem, który obronił w roku 1972 a habilitacją, na którą znów musiał dłużej poczekać, spełnił pierwsze marzenie swego życia - wybudował dom rodzinny. Dom wielopokoleniowy, w którym musiało się znaleźć miejsce dla wszystkich dzieci, a w perspektywie pewnie także dla wnuków. Dom z zielonym balkonem, gościnnie otwarty dla przyjaciół i znajomych.

Jak to było możliwe w tamtych latach, kiedy obowiązywały limity budowlane i - nie ma co ukrywać - pensje pracowników naukowych były więcej niż skromne? Na ten temat profesor może opowiadać bez końca. O tym, jak w każde wakacje pracował w gospodarstwie u mamy, dorabiał w spółdzielni ogrodniczej, pomagał przy budowie domów na wsi i jak nauczył się zakładać słomiane strzechy, co okazało się źródłem całkiem nie złych dochodów.

- Przez wiele lat - opowiada z prawdziwą dumą - byłem drugim, obok mego mistrza, specjalistą od słomianych dachów. To jest niemała sztuka, a cała tajemnica tkwi w tym, aby odpowiednio przygotować słomę. Taka strzecha może leżeć potem i 30 lat! Cały materiał na wybudowanie ścian naszego domu kupiliśmy za dochody z tej słomy. Drewno na więźbę dachową dostałem od szwagra z jego lasu. Sporo prac budowlanych robiłem sam, bo z murarzami czasem trudno się było dogadać. Sam zbroiłem i stawiałem ściany, wylewałem stropy, budowałem schody, układałem kafelki, nawet kominek sam skonstruowałem - i całkiem nieźle ciągnie!

Natomiast ograniczenia powierzchni mieszkalnej pokonano w ten sposób, iż dom otrzymał wysokie przyziemie i równie przestronne poddasze. I tak zamiast dwóch kondygnacji powstały cztery. Na najniższej mieści się dziś apteka o wonnej nazwie "Melisa". W obszernym domu znalazło się też miejsce na gabinety lekarskie i pracownię malarską.

Tutaj m.in. przyjmuje pacjentów najstarszy syn państwa Głowniaków, Andrzej - lekarz internista, związany także z Akademią Medyczną w Lublinie - dzięki któremu profesorostwo doczekali się już swego pierwszego wnuka, uroczego Kubusia. Nieco młodsza córa, Emilka, mieszka jeszcze z rodzicami, choć ma określone plany matrymonialne. W tym roku kończy psychologię na KUL- u, ale już nawiązała współpracę z homeopatyczną firmą "Dagomed". Najwidoczniej ojcowskie zainteresowania nie pozostają bez wpływu na życiowe decyzje dzieci.

Młodszy syn, Paweł, bez wahania wybrał studia farmaceutyczne. Obecnie kończy IV rok w Sosnowcu, dokąd przeniósł się z Lublina idąc za głosem serca. Z Sosnowca pochodzi bowiem jego żona Kasia, także studentka farmacji. Poznali się i zakochali w tym samym tempie co rodzice. Z miejsca ślubowali sobie wierność, zapisali się na nauki przedmałżeńskie. Czy rodzice mogli nie zgodzić się na ślub? Dziś tylko po cichutku marzą, aby dzieci jednak przeniosły się na stałe do Lublina.

W domu jest jeszcze najmłodsza córka Ania, która uczy się w liceum, ale też myśli o studiach farmaceutycznych. Stąd też w rodzinnym kręgu Ania ma ksywę "Apteczka". Rodzice jednak wolą nazywać ją "Konstytucją", ponieważ urodziła się w bardzo szczególnym momencie: - Mamy w Lublinie pomnik, poświęcony Konstytucji 3 Maja - wyjaśnia profesor. - Został zbudowany po 1918 roku, potem po II wojnie zniszczony i ponownie - zrekonstruowany w 1981 roku. Ania urodziła się 3 maja 1981 roku, dokładnie w rocznicę uchwalenia Konstytucji. Jak odwoziłem Krystynę do szpitala, przejeżdżaliśmy obok tego pomnika ? wtedy był jeszcze zasłonięty. Jak wracałem do domu pomnik już był widoczny, ale uroczystość jeszcze trwała... Odtąd co roku 3 maja chodzimy całą rodziną pod ten pomnik z kwiatami. Nawet w stanie wojennym, kiedy całe miasto obstawione było wojskiem i policją, nikt nam w tym nie przeszkodził.

A kiedy w 1983 roku gościł w Lublinie Jan Paweł II, Kazmierz Głowniak - jako wzorowy ojciec wielodzietnej rodziny i niezbyt pokorny obywatel PRL - miał zaszczyt wstąpić na papieski ołtarz i odczytać ewangelię. Tak zadecydowali ludzie skupieni w ruchu "Światło-Życie".

ZACZĘŁO SIĘ OD ŚWIERZĄBKA

 Poświęcając tyle serca i czasu rodzinie, przyszły profesor nie zaniedbywał pracy naukowej. Jego kariera - o czym już była mowa - toczyła się niezbyt płynnie. Bez wątpienia przesądziły o tym prawicowe poglądy, których nie ukrywał, i głęboka religijność.

(fotografia: Profesor w pracowni Katedry Farmakognozji (fotograf: Wiktor Szukiel)

Wartości nieszczególnie cenione w czasach, kiedy o awansie decydowała przede wszystkim przynależność do partii komunistycznej. Mimo tych przeszkód dorobek naukowy Kazimierza Głowniaka zawsze się liczył.

Jego praca doktorska "Badania fitochemiczne świerząbka", którą obronił w 1972 roku, wzbudziła sporo zainteresowania.


- Świerząbek - wyjaśnia autor - jest to roślinka trochę podobna do kopru o intensywnym zapachu, podobnym do zapachu olejku sosnowego. Zafrapowało mnie, dlaczego to ziele pachnie tak jak sosna. Zbadałem jego skład chemiczny i okazało się, że jest bardzo zbliżony. Od tego czasu zajmuję się również badaniem związków kumarynowych... A poza tym bardzo lubię wędrować po Beskidzie Sądeckim aż po Bieszczady, podziwiać bogactwo przyrody i zbierać zioła, o których jeszcze tak, niewiele wiemy.

Efektem tych pasji była praca habilitacyjna "Badanie i izolacja związków kumarynowych z krajowych surowców roślinnych", która także dość długo czekała na dopuszczenie do obrony. Nie poradziła tu nawet pomocna dłoń pani profesor Haliny Strzeleckiej, która zaproponowała dr Głowniakowi otwarcie przewodu habilitacyjnego w Warszawie. Dopiero w 1989 roku, kiedy czasy się już zmieniały, habilitacja stała się możliwa.

Badania naukowe, które prowadził sam lub wspólnie z zespołem naukowców, zaowocowały także wieloma publikacjami w poważnych czasopismach krajowych i zagranicznych, których liczba sięga już 80, a także patentami. Przedmiotem patentów stały się m.in. metody izolacji i oczyszczania furanokumaryn z owoców pasternaku i arcydzięgla oraz zastosowanie tych związków w leczeniu łuszczycy i bielactwa. Najnowszy patent będzie dotyczył pozyskiwania taksolu z igieł cisu.

- Do tej pory - tłumaczy profesor ? izoluje się ten związek z kory cisu, gdzie jego zawartość jest minimalna. Na standardową kurację trzeba było ściąć co najmniej sześć 300-letnich cisów. A przecież szkoda tych drzew! Tymczasem w igłach cisu jest 10 razy więcej podobnego do taksolu związku, który łatwo można przeprowadzić w taksol. Trzeba, więc opracować metodę jego izolacji z igieł i gałązek na większą skalę.

O pracach badawczych prowadzonych pod kierunkiem Kazimierza Głowniaka i ich znaczeniu można by dyskutować długo, nie jest to jednak tematyka łatwa. Najkrócej mówiąc, są one ukierunkowane na poszukiwanie naturalnych związków, czynnych biologicznie, m.in. o działaniu przeciwnowotworowym. W 1998 roku wieloletnia praca naukowa prof. Głowniaka została uhonorowana zasłużonym tytułem profesorskim.

KIEROWNIK, DZIEKAN, REKTOR...

Sprawdził się profesor Głowniak nie tylko jako naukowiec, ale także jako znakomity organizator pracy badawczej, sprawnie kierujący zespołami ludzi.



Pierwszą poważną funkcję objął już w 1982 roku, kiedy to ogłoszono konkurs na stanowisko kierownika Katedry i Zakładu Farmakognozji. Zachęcony przez przyjaciół, złożył ofertę i wygrał konkurs. A kiedy już objął to stanowisko, natychmiast zapomniał o dawnych nieporozumieniach.

- Wszystko, co złe, szybko wyrzucam z pamięci - deklaruje. - Po prostu taki mam charakter, który otrzymałem z bożej łaski.

A pani Krystyna zaraz dodaje, że jej małżonek nigdy się nie denerwuje, nie podnosi głosu i nic nie jest w stanie wyprowadzić go z równowagi. Tylko raz, kiedy pewna dość nerwowa dama zgłosiła się z nieuzasadnionymi pretensjami, pozwolił sobie na niezbyt grzeczny komentarz: - Skończyła pani? Powiedziała pani trochę za dużo. Proszę wyjść.

Z upływem lat powierzano mu coraz bardziej odpowiedzialne funkcje. W 1990 roku został prodziekanem Wydziału Farmacji, a trzy lata później dziekanem. Pod jego kierunkiem Wydział dynamicznie rozwijał się. Jak można wyczytać w oficjalnych dokumentach, w tym okresie Wydział awansował do "kategorii B", co według klasyfikacji Komitetu Badań Naukowych oznacza wysoką pozycję. Jednocześnie limity przyjmowanych na pierwszy rok studentów wzrosły z 90 nawet do 180 osób. Mimo to kandydatów jest ciągle znacznie więcej: 5-6 osób na jedno miejsce. Z inicjatywy profesora w Lublinie powstał też (jedyny w Polsce!) kierunek apteczno-zielarski, który cieszy się wśród studentów sporym zainteresowaniem. Powołano także oddział analityki medycznej i szkolenia podyplomowego.

W tym roku spotkał profesora Głowniaka kolejny dowód uznania ze strony środowiska naukowego, powierzono mu funkcję prorektora do spraw nauki. Nigdy nie marzył o takiej roli, ani też nie spodziewał się takiego wyniku głosowania. A jednak został wybrany, co komentuje po swojemu: - Opatrzność czuwała...

Rozlicznych funkcji, jakie pełni w organizacjach i stowarzyszeniach naukowych czy też komisjach senackich, wymienić tu wszystkich nie sposób. Ważniejsze z nich to wiceprzewodniczący Komitetu Nauk o Leku PAN, przewodniczący sekcji akademickiej Polskiego Towarzystwa Farmaceutycznego, przewodniczący Polskiego Towarzystwa Fitochemicznego, przedstawiciel Polski w The European Society of Phytochemistry, członek Zarządu Głównego Polskiego Komitetu Zielarskiego, członek Komisji Farmakopei Polskiej oraz Podkomisji Leku Naturalnego w Komisji Rejestracji Leków.

Udział w tak rozlicznych gremiach pozwala także szerzej patrzeć na problemy polskiej farmacji, a przede wszystkim zielarstwa. Stąd też rodzą się różne cenne inicjatywy np. przeszkolenia z inicjatywy Departamentu Farmacji MZiOS w Instytucie Roślin i Przetworów Zielarskich oraz na wydziałach farmaceutycznych ludzi, którzy chcą prowadzić sklepy zielarskie: - Trzeba wreszcie wyprowadzić zielarstwo z bazarów - twierdzi profesor. - Wyeliminować z rynku kiepski, źle przygotowany surowiec. Apteki prowadzą sprzedaż ziół w dość ograniczonym zakresie, ponieważ zajmują one zbyt dużo miejsca. Sklepy zielarskie mają więc sporo potencjalnych odbiorców, ale muszą oferować produkty sprawdzone i wysokiej jakości.

MISTRZ I UCZNIOWIE

Mimo tak szerokich zainteresowań i licznych obowiązków, profesor nie zaniedbuje pracy dydaktycznej ze studentami. Jego wykłady cieszą się autentycznym zainteresowaniem i choć nigdy nie sprawdza listy obecności, frekwencja zawsze dopisuje. Na zajęciach potrafi być tolerancyjny, na egzaminach sprawiedliwy. Tych, co mają dobre oceny, zwalnia z zaliczeń czy egzaminów. Najlepszych angażuje do pracy w kołach naukowych. Chyba po prostu dobrze rozumie młodzież.

Zna też wszystkie bolączki uczelni i stara się je eliminować. Był jednym z inicjatorów wprowadzenia przy egzaminach wstępnych na Wydziały Farmacji jednolitych testów. Wszystkie uczelnie organizują egzaminy w jednym dniu, a testy opracowywane przez specjalną komisję w Łodzi, są dostarczane w ostatniej chwili. W ten sposób eliminuje się możliwość przecieków czy protekcji, dając szansę najlepszym.

Natomiast forma studiowania tzw. "wieczorowa" budzi u profesora dość mieszane uczucia: - Długo buntowaliśmy się przeciwko studiom odpłatnym. Pierwszy wprowadził je Poznań, potem inne ośrodki, my na samym końcu... Jest na pewno przejaw pewnej nierówności w traktowaniu studentów. Ale z drugiej strony - zwłaszcza w tych trudnych czasach - jest to także szansa na wspomożenie uczelni, a jednocześnie dla młodych ludzi szersza możliwość zdobywania wiedzy na wybranym kierunku. Dbamy jednak bardzo o to, aby miejsca płatne nie uszczupliły puli miejsc dla studentów, którzy pozytywnie zdali egzaminy wstępne. Na co dzień obie grupy są traktowane identycznie, mają te same programy i wymagania. Najlepsi studenci byli dotąd zwalniani z opłat. Wszyscy po roku mają szansę ponownego ubiegania się o przyjęcie na studia dzienne. Po trzech latach praktycznie te podziały już nie istnieją...

Wielu absolwentów lubelskiej farmacji wspomina do dziś pozytywnie wykłady i ćwiczenia w Katedrze kierowanej przez profesora Głowniaka. A on sam doliczył się już ponad 40 magistrów farmacji, którzy pisali pod jego kierunkiem prace dyplomowe, często potem nagradzane w konkursach uczelnianych i ogólnokrajowych. Najchętniej jednak wspomina jedną ze swych doktorantek, która za pracę kontynuującą badania związków kumarynowych i kwasów fenolowych otrzymała niedawno prestiżową Nagrodę Prezesa Rady Ministrów.

"Rzadko się zdarza, by pracownik naukowy, emocjonalnie zaangażowany w rozwiązywanie problemów badawczych, włączał się aktywnie do pracy dydaktycznej - napisała profesor Strzelecka w oficjalnej opinii o profesorze Głowniaku. - Jego udział w rozwijaniu i unowocześnianiu dydaktyki przedmiotu jest niekwestionowany. Jest współautorem skryptów, opiekunem prac magisterskich, wykłada i prowadzi seminaria, opracowuje programy szkolenia dla nowo zorganizowanego kierunku...".

INDIE, CHINY, KANADA...

Osobny rozdział w pracy naukowej prof. Głowniaka stanowią jego kontakty zagraniczne. Badania, w których od lat się specjalizuje, budzą zainteresowanie także w innych krajach świata. W ten sposób Akademia Medyczna w Lublinie nawiązała trwałe kontakty z takimi ośrodkami naukowymi, jak Depart- ment of Phytochemistry Tropical Botanic Garden - Research Institute Karimanco de Trivandrum oraz National Institute of Immunology New Delhi (Indie), Department of Botany University Libre de Bruxelles, Faculty of Sciences (Belgia), Department od Chemistry, Biochemistry Trent University Peterborough (Kanada) czy Chinese Academy of Medical Sciences - Peking Union Medical College (Chiny).

Najpoważniej rysuje się współpraca z Indiami, która jest efektem porozumień na szczeblu rządowym. Jej celem są wspólne "badania chemotaksonomiczne nad roślinami leczniczymi i poszukiwaniem związków naturalnych o działaniu immunostymulującym".

- Nasza współpraca ? wyjaśnia profesor - sprowadza się do rozpoznania i systematyki roślin oraz badania związków kumarynowych. W Indiach występuje ogromne bogactwo roślin tropikalnych. W ogrodzie botanicznym w Trivandrum rośnie około 10 tysięcy różnych gatunków i odmian. Nie zawsze można je zidentyfikować na podstawie budowy morfologicznej, dopiero badanie chemiczne pozwala na zakwalifikowanie do określonej grupy. I na tym polega moja rola, że pomagam w usystematyzowaniu roślin i ras chemicznych. Z drugiej strony tamte rośliny - ze względu na klimat - mają znacznie większą zawartość związków kumarynowych, które mnie interesują. Izoluję więc te związki i oznaczam ich strukturę. A moje preparaty są potem testowane w Instytucie Immunologii w New Delhi.

Każda taka wyprawa do egzotycznego kraju jest także okazją do zdobywania nowych doświadczeń. Profesor może godzinami opowiadać np. o chińskich lekach i metodach terapii. A małżonka, która często towarzyszy mu (zawsze na własny koszt!) w służbowych podróżach, ma zupełnie inny punkt widzenia: - Wspaniała była nasza wyprawa do Grecji. Cały dzień chodziłam po Akropolu! A ci greccy uczeni z długimi brodami przypominali mi do złudzenia Sokratesa czy Platona. Szkoda tylko, że nie ubierają się już w togi. Nic nie rozumiałam z tego, o czym dyskutowali, ale byłam nimi zachwycona...


Nie ma co ukrywać, że każda z zagranicznych podróży państwa Głowniaków jest też swoistą promocją sztuki malarskiej pani Krystyny. Jej poetyckie, wizyjne malarstwo podoba się wszędzie. Chętnie przyjmują je galerie, jeszcze chętniej organizatorzy naukowych kongresów. Potem oczywiście pamiętają, aby ponownie zaprosić tak oryginalnych gości. W ten sposób Głowniakowie zjechali razem już pół Europy.

A gdyby ktokolwiek miał wątpliwości, czy farmacja i malarstwo mają ze sobą coś wspólnego, pani Krystyna - z typowo kobiecą logiką - wytłumaczy, że jedno i drugie jest przecież sztuką. I przypomina, że w epoce renesansu istniał we Florencji wspólny cech aptekarzy i malarzy.

APTEKARSTWO JEST SŁUŻB

Z dalekich podróży miło jest wracać do rodzinnego domu i swojskich problemów. A że często gośćmi państwa Głowniaków bywają aptekarze, stałym tematem rozmów są m.in. ich codzienne kłopoty. Profesor chętnie występuje wówczas w roli wielkiego moralisty i układa swój własny kodeks etyki aptekarskiej: - Generalna zasada to jedna apteka dla jednego farmaceuty. Kto otwiera drugą aptekę, ma na celu raczej korzyści materialne niż dobro pacjenta. Aptekarstwo jest służbą społeczną. To jest zawód, w którym trzeba poświęcić się pacjentowi, a nie robieniu pieniędzy! Jeśli lekarz jest niedostępny, aptekarz powinien pomóc pacjentowi - doradzić mu, jaki lek najlepiej wybrać. Przecież wiele chorób może być następstwem nadużywania leków. Nie podobają mi się w aptekach te reklamy leków zagranicznych, które zalewają nasz rynek. Polskie leki nie są wcale gorsze...

(fotografia: z federalnym Ministrem Zdrowia w Ausrtrii, Sefeld)   Apteka, którą Głowniakowie uruchomili w swym domu, tak naprawdę nie bardzo interesuje właścicieli. Po prostu czeka na ich dzieci. Obecnie kieruje nią pani magister farmacji Henryka Szymczyk. Profesor sam przyznaje, że nigdy nie widział dla siebie miejsca za pierwszym stołem, już prędzej w laboratorium. Natomiast pani Krystyna ozdobiła jedną z aptecznych ścian stylową polichromią z łacińską inskrypcją: Bene dignosticum?, bene curatul: Dumna jest także z zabytkowych mebli, które pochodzą ze starej apteki w Urzędowie, więc nie pozwala przysłaniać ich żadnymi reklamami. A poza tym traktuje aptekę jak "bogatego sąsiada", u którego można czasem zaciągnąć krótkoterminową pożyczkę, kiedy przyjeżdża "oprawca" i przywozi kolejną partię ram do oprawiania obrazów.

- Kiedy dzieci skończą studia - marzy profesor - wrócą do domu i zajmą się apteką. Paweł i Kasia zajmą jedno piętro, Emilka drugie, Ania trzecie. A my z Krystyną pójdziemy na emeryturę, kupimy dom gdzieś pod Nałęczowem i wyniesiemy się stąd. Będziemy tylko od czasu do czasu przyjeżdżać z wizytami.

Jak na razie do emerytury jeszcze daleko, a profesor do swych niezliczonych zajęć dołożył jeszcze jedno: Fundację Wspierania Wydziału Farmaceutycznego im. mgr Witolda Łobarzewskiego. Siedziba Fundacji mieści się w gmachu lubelskiego "Cefarmu", ale spotkania odbywają się najczęściej na zielonym balkonie, gdzie ostatnio redakcja "CzaA" była wraz z mgr Ireną Stelmaszczuk, właścicielką apteki w Nowej Dębie; mgr Teresą Kielar, właścicielką apteki "Piguła" w Krośnie; mgr Januszem Wojdą, współwłaścicielem apteki w Ćmielowie; inż. Januszem Kielarem, dyrektorem sanatorium w Iwoniczu Zdroju ~ grupa osób, która zebrała się pewnego wieczora u państwa Głowniaków, to "przyjaciele domu" i zarazem członkowie Fundacji.

OSTATNIE MARZENIE PROFESORA

Głównym celem Fundacji, a zarazem przedmiotem osobistych ambicji profesora jest wybudowanie nowego gmachu Collegium Farmaceuticum, który skupiłby wszystkie zakłady, rozsiane po całym mieście i często gnieżdżące się w przypadkowych pomieszczeniach. Na razie Fundację wsparła Izba Aptekarska i lubelski "Cefarm", kilka innych instytucji także zadeklarowało pomoc. Z dużym zainteresowaniem przyjął inicjatywę rektor Akademii Medycznej. W środowisku samych aptekarzy, na które fundatorzy także liczyli, śmiały projekt nie wywołał jednak szerszego echa. Jak przekonać aptekarzy do tego pomysłu? Czy w ogóle jest to możliwe? Jak pozyskać dotacje z rady miasta, sejmiku, ministerstwa? Może warto wydrukować cegiełki? - O tych sprawach można dyskutować cały wieczór.

A kiedy zmrok już zapadnie, całe towarzystwo wyrusza zazwyczaj na nocny spacer po lubelskiej starówce. W tej scenerii Lublin zdaje się być miastem trochę zaczarowanym. Dachy starych kamienic, stłoczonych przy wąskich uliczkach, nakładają się na siebie, jak na obrazach pani Krystyny. Domy nikną w mroku i mgle, to znów pojawiają się w świetle księżyca lub starej latarni. Tańczą, falują, odpływają gdzieś w dal. Rozmywają się na tle nieba z milionem gwiazd.

W takim mieście wszystko może się zdarzyć. Może, więc pomysł profesora nie jest tak zupełnie nierealny.

"Niczego nie przynosimy ze sobą przychodząc na świat, niczego też nie możemy zabrać odchodząc, ale możemy po sobie pozostawić trwałe ślady, po których łatwiej będzie stąpać innym" - te słowa Jana Pawła II profesor Głowniak uznał za swą dewizę życiową. W ich kontekście łatwiej zrozumieć marzenia o nowym gmachu uczelni.

Może w zaczarowanym Lublinie łatwiej przychodzi nie tylko marzyć, ale i spełniać najśmielsze marzenia?

"Czasopismo Aptekarskie" nr 10/1999
Bożena Szal, Wiktor Szukiel

 


Sztuka niejedno ma imię  |  Nauczyciel  |  Strona główna  |  Kontakt

Krystyna Głowniak 2009 All Rights Reserved